środa, 1 kwietnia 2026

Dawniej i dziś - pogrzeb amerykańskich żołnierzy poległych podczas operacji "Varsity" (Duisburg). 1945-2024

    Wraz z brytyjskimi i kanadyjskimi wojskami, w operacji "Varsity" udział brała amerykańska 17. Dywizja Powietrznodesantowa dowodzona przez gen. majora Williama Mileya. To co działo się na niebie - i po wylądowaniu także na ziemi - doprowadziło do sporych strat wśród atakujących. Oczywiście z każą godziną, opór niemieckich żołnierzy słabł, a amerykanie po kolei zdobywali wyznaczone im wcześniej rejony, odnosząc ostatecznie sukces operacji. Niestety, ostateczne zwycięstwo przypłaciło życiem setki amerykańskich żołnierzy, których ich towarzysze pochowali na prowizorycznym cmentarzu w centrum zdobytego Duisburga. Oto historia walczących i poległych w operacji "Varsity" amerykańskich spadochroniarzy, pilotów i towarzyszących im żołnierzy innych jednostek, którzy dzisiaj pochowani są głównie na Amerykańskim Cmentarzu Wojennym w holenderskim Margraten. Niech spoczywają w pokoju....
    24 marca 1945 roku pogoda miała sprzyjać spadochronowym i szybowcowym jednostkom, których na wzgórzu nieopodal Xanten oczekiwał gen. Eisenhover. Jednak ta sama pogoda sprzyjała również obrońcom, którzy mieli jednostki desantowe jak na dłoni. Była godzina 09:50, kiedy na niebie pojawiły się pierwsze czasze spadochronów, które Niemcy zaczęli ostrzeliwać jeszcze przed dotarciem na ziemię. Podobnie rzecz miała się z nadlatującymi samolotami i holowanymi przez nie szybowcami, które były niszczone nie tylko w powietrzu, ale również na ziemi. Choć obserwujący to "Ike" wiedział, że amerykanie mimo wszystko stracili znacznie mniej maszyn, niż zakładano, to początek operacji "Varsity" nie zapowiadał sukcesu.
    Jako pierwsi nad wschodni brzeg renu dostarczeni zostali żołnierze z 507. Pułku Piechoty Spadochronowej, którzy zostali zrzuceni około 1,5 km na północny-zachód od wyznaczonej strefy zrzutu. Aby zmniejszyć straty wśród spadochroniarzy, piloci samolotów obniżyli lot swoich maszyn do zaledwie 200 metrów, stwarzając tym samym większe szanse zestrzelenia swoich maszyn przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą. Zaraz po lądowaniu spadochroniarze dostali się pod zmasowany ogień z broni strzeleckiej i artylerii, prowadzony z dobrze zamaskowanych pozycji w lesie Diersfordt. Dowodzący jednostką pułkownik Edson Raff, wyskoczył z samolotu dokładnie o 09:55. Raff wylądował samotnie w zagrodzie dla kur. W pobliżu nie było nikogo z jego podkomendnych, którzy dopiero po kilku chwilach zebrali się wokół niego. Do tego czasu pułkownik zdążył zorientować się, że wylądowali poza wyznaczonym sektorem i natychmiast rozkazał swoim żołnierzom zlikwidowanie stanowisk wroga w gęstym lesie. Bezpośrednio w wyznaczonej strefie zrzutu, wylądował 2. batalion 507. Pułku. Jednym z ludzi, który znalazł się wtedy na ziemi był sierżant Irvin Holtan, który tak to później opisywał: "Wylądowałem na polu w pobliżu budynku. C-47 zleciał na ziemię, cały w płomieniach. Nie wiem, czy jego spadochroniarze wcześniej wyskoczyli, czy rozbili się wraz z nim". Ludzie z 3. batalionu również wylądowali we właściwym miejscu, jednak jedenastu żołnierzy jednej z kompanii, dotarli na ziemię nieopodal stanowiska niemieckiego ckm-u. Jednym z pechowców był szeregowy, radiooperator George J. Peters, który poświęcił swoje życie, ratując z opresji pozostałych swoich kolegów. Za swój heroizm, otrzymał - jako pierwszy tego dnia - pośmiertnie medal Honoru. oto, jak wyglądała cała akcja, oczami uratowanych przez niego kompanów: "Kiedy zorientowaliśmy się, że w pobliżu nas jest wróg, natychmiast próbowaliśmy uwolnić się ze spadochronów i dotrzeć do worków ze sprzętem, leżących kilka jardów dalej. W ciągu kilku sekund powstrzymał nas bezpośredni ciężki ogień. Nie zdążyliśmy nawet zastanowić się, co zrobić w tej sytuacji, kiedy zauważyliśmy, że z miejsca podrywa się szeregowy Peters. Bez rozkazu powstał i rzucił się w samotnej szarży na stanowisko wroga, uzbrojony jedynie w karabin i granaty. Jego samodzielny szturm natychmiast odciągnął ogień nieprzyjacielski od naszych pozycji. Peters przebiegł połowę dzielącej nas od Niemców drogi, strzelając do nich z karabinu, kiedy został trafiony serią i powalony na ziemię. Ku naszemu zdziwieniu, po chwili wstał i ruszył dalej na przód. Jeszcze raz został posiekany przez kule i tym razem nie był już w stanie się podnieść z ziemi. Zaczął jednak czołgać się w kierunku pozycji wroga, odbezpieczając w jego pobliżu granat, który zdołał jeszcze rzucić, zanim otrzymał śmiertelne trafienie. Wybuch jego granatu zabił dwóch żołnierzy obsługujących ckm, a ubezpieczających ich strzelców, zmusił do ucieczki do lasu. Wtedy mogliśmy bezpiecznie dotrzeć do naszego sprzętu, przegrupować się i zaatakować pierwszy wyznaczony dla nas cel". Po zaciętych walkach i oczyszczeniu terenu wokół wsi Diesfordt, przygotowywano się do zdobycia samego miasteczka. 
 
    W tym czasie do stref lądowania zaczęły nadlatywać holowane wcześniej przez samoloty szybowce WACO. Na ziemi pojawili się również ludzie z 513. Pułku Piechoty Spadochronowej oraz 194. Pułk Piechoty Szybowcowej, którzy zostali zrzuceni pomiędzy Hamminkeln a lasem Diersfordt, a których zadaniem było zajęcie mostów na rzece Issel. Dokładnie o 10:10 do skoku szykował się sekretarz sztabowy Bud Hutton, który podróżował wraz ze sztandarem pułkowym. 26 marca 1945 roku tak spisał swój udział w desancie: "Gdy zapieliśmy linki i ruszyliśmy w stronę drzwi, C-46 płonął. Pilot Bob Reeder i reszta załogi samolotu nie odezwali się ani słowem. Zostali tam i pilnowali, by samolot leciał prosto, a my wychodziliśmy prosto w niesamowite niebo, wypełnione eksplodującymi pociskami, smugami i kolorowymi czaszami spadochronów. Pocisk zdmuchnął żołnierza w powietrzu obok mnie. Żołnierze opadali na ziemię i ruszali do walki, część z nich jednak ginęła jeszcze zwisając na linach spadochronów. Pułkownik Jim Coutts wydostał się ze swej uprzęży i zanim jeszcze zebrał swój batalion, ruszył przez ogień karabinów maszynowych do ataku. Podpułkownik Ward Ryan razem z resztą rzędu wylądował dokładnie w samym środku stanowiska dowodzenia niemieckiej artylerii. Część żołnierzy ginęła tam, gdzie wylądowała, części zaś udało się zbliżyć do ckm-ów".
    Więcej szczęścia od ludzi ppułk. Ryana miał sierżant sztabowy McDonald z kompanii A. Jego relacja jest naprawdę niezwykła: "Jako że nie mieliśmy nawigatora, siadałem na jego miejscu, na metalowym wiaderku, które zwykle zajmował. Nade mną znajdowała się szeroka bańka obserwacyjna. (...). Około 09:45 zapaliło się czerwone światło, mieliśmy wstać i zaczepić się. Kiedy wstałem i zaczepiłem się, po całym samolocie rozsypał się pleksiglas. Myślałem, że zostaliśmy trafieni przez myśliwca i okna z jednej strony zostały roztrzaskane. Jednak rozglądając się dookoła nie mogłem dostrzec żadnego trafienia. Jedynym żołnierzem za mną był Bill Trigg. Gdy obróciłem się, by sprawdzić czy wszystko z nim w porządku, zauważyłem, że bańka nawigatora znikła, a w jej miejscu tkwiły jedynie wyszczerbione kawałki pleksiglasu. Mój wzrok padł na wiadro, które przed chwilą opuściłem. Nie było tam żadnego siedzenia, a tylko masa wyszczerbionych kawałków metalu, szukających tylko ciała, które mogłyby przebić. C-46 przeszyła seria z działka maszynowego z ziemi. Lewy silnik zaczął się palić. Skoki zaczęły się na wysokości około 600 stóp (...). Przez te kilka chwil, gdy byłem w powietrzu i zanim mój spadochron się otworzył, widziałem, jak rozbił się nasz samolot razem z jego wspaniałą załogą. Nikt nie wyskoczył po Triggu. Zakończyli swoją misję i oddali życie. Cała załoga zginęła. (...). Gdy skończyłem odcinać liny, usłyszałem przytłumiony, świszczący dźwięk. Mój Boże! Myślałem, że to pocisk moździerzowy leci prosto na mnie. Potem obrzydliwe uderzenie. Spadochron jakiegoś biednego żołnierza zawiódł. Wylądował dokładnie na lewej stronie. Podbiegłem do niego, ale zapłacił już najwyższą cenę. Był jakby podzielony idealną linią, lewa strona jego twarzy była czerwono-czarna, a prawa całkowicie biała. (...)". Nieco później McDonald i grupa jego kolegów dołączyli do głównego oddziału, który dotarł do obszaru przydzielonego batalionowi około 13:30. Sierżant sztabowy nadal szukał reszty swojej kompanii, kiedy wpadł pod intensywny ogień wroga: "Wreszcie udało się nam zebrać wystarczającą liczbę żołnierzy. Kapitan Anderson rozkazał nam ruszyć naprzód. Mieliśmy znaleźć tory kolejowe. Po jakiejś godzinie marszu, przy niewielkim oporze wroga, dotarliśmy do torów. Po chwili usłyszeliśmy dobiegająca z bliska strzelaninę. Teraz mieliśmy jeszcze więcej ludzi, w tym dowódcę 2. plutonu, porucznika Becketta. (...). Zgodnie z rozkazem ruszyliśmy w górę torów i wkrótce włączyliśmy się do akcji. (...). Jeden żołnierz leżał kilka jardów w polu, ranny w nogę i w brzuch. Położyliśmy na okno zasłonę ogniową z karabinów i karabinków, i korzystając z jej ochrony razem z Graanem pobiegliśmy do rannego żołnierza. Zabraliśmy go i  przenieśliśmy za tory. Zajęli się nim medycy i zabrali go stąd. Graan wraz ze mną padł z wyczerpania. Gdy leżeliśmy na ziemi, opierając się na karabinie, przykuśtykał do nas kapitan Anderson. Spojrzał na mnie i powiedział: "McDonald, widziałem to i przedstawię cę wraz z Graanem do Srebrnej Gwiazdy"".
    C-46 Commando leciał także sierżant sztabowy Jake Dalton z 1. batalionu. On znajdował się w prawym rzędzie swojego C-46. Tak opisał to po zakończonej operacji: "Ja i jeszcze jeden wylądowaliśmy w zagrodzie, jakieś 15 stóp od siebie. Gdy leżałem na ziemi i uwalniałem się od spadochronu, ujrzałem 20-milimetrowy pocisk uderzający w ziemię, jakąś stopę ode mnie. (...). Ujrzałem mojego porucznika, leżącego na ziemi, około 20 stóp ode mnie. Wydostałem się ze spadochronu i podczołgałem do niego. Leżał na plecach, nie ruszał się i cały był pokryty krwią. Zygzakiem wybiegłem z zagrody, ścigany kulami i gdy spotkałem medyka wysłałem go, aby obejrzał porucznika. Porucznik nie przeżył. Jako że nie znajdowaliśmy się w naszej strefie zrzutu, musieliśmy przebić się do miejsca, gdzie powinniśmy być. Nie trzeba dodawać, że jednostki szybowcowe również przeszły przez piekło. Smród spalonego ciała, jaki do mnie doszedł, gdy przechodziłem obok zestrzelonego szybowca, jest jedną z tych rzeczy, których nigdy nie zapomnę".
    Mniej więcej w tym samym czasie swój samolot opuścił inny żołnierz z 513. Pułku - szeregowy Thomas Hashway. "Miałem szybki upadek z lądowaniem na niskiej gałęzi. Kiedy uwalniałem się z uprzęży, rozejrzałem się dookoła i ujrzałem płonące samoloty i rozbijające się szybowce, zastanawiając się ilu z tych żołnierzy przeżyje. Strzelanina sprawiła, że wróciłem do rzeczywistości" - wspominał po latach.
    W innym miejscu w stronę zbiórki maszerowali żołnierze 2. batalionu z 513. Pułku Piechoty Spadochronowej. W jej szeregach znajdował się 21-letni żołnierz, który jako drugi tego dnia, został odznaczony Medalem Honoru. Niestety, również pośmiertnie.... Oto, jak doszło do walki z wrogiem i jego heroicznego czynu, którym uratował życie pozostałym kolegom, opowiada Bob Patterson z kompanii E: "2. batalion maszerował w stronę punktu zbiórki, kiedy natknęliśmy się na wroga. Maszerowaliśmy wzdłuż torów. Byłem odpowiedzialny za jedno skrzydło. Miałem ze sobą dwóch żołnierzy z mojej drużyny, lecz miałem też doświadczonego zwiadowca, jednego z naszej oryginalnej kompanii. Wkrótce dołączyła do nas reszta kompanii E. Tuż za torami kompania otrzymała zadanie oczyszczenia bardzo dużego i solidnie wyglądającego domu, mogącego uchodzić za fortecę i od strony którego strzelano do nas z broni lekkiej. (...). Kompania ruszyła przez otwarte pole prosto na budynek. Szturm prowadził jeden z początkowych członków naszej drużyny moździerzowej, Stewart S. Stryker. W tym samym czasie część z nas wykonywała manewr oskrzydlający przez las. Pluton, który prowadził atak frontalny, został nagle przybity do ziemi przez intensywny ogień nieprzyjaciela około 50 jardów od budynku. Pluton, spanikowany i bez szans wydostania się spod ognia, znalazł się na łasce obsługi niemieckich ckm-ów, gdy starszy szeregowy Stryker ochotniczo opuścił w miarę bezpieczne schronienie i uzbrojony zaledwie w karabinek pobiegł na czoło jednostki. Będąc w zasięgu widzenia wroga i pod nieustannym ostrzałem, skłonił żołnierzy by powstali i podążyli za nim. Zainspirowani jego odwagą ruszyli za nim w desperackiej szarży w gradzie kul. Dwadzieścia pięć jardów od celu bohaterski żołnierz zginął od kul. Jego męstwo i całkowicie dobrowolna akcja, w obliczu przeważającej siły ogniowej wroga, do tego stopnia podniosła na duchu jego towarzyszy i odciągnęła uwagę wroga, że inne elementy kompanii zdołały oczyścić dom. Wyszliśmy wówczas na skrzydło budynku, tracąc zaledwie jednego żołnierza. Jeden z moich ludzi wystrzelił z bazooki w okno, wywołując eksplozję. Musiała ona wywrzeć efekt. W tym czasie kompania otoczyła dom i wzięła kilku Niemców jako jeńców. Jak się później okazało, w domu znajdowało się stanowisko dowodzenia wroga, obsadzonego przez spory oddział Niemców, uzbrojonych w karabiny, karabiny maszynowe i cztery działa polowe. Wzięliśmy do niewoli ponad 200 żołnierzy wroga, zdobyliśmy znaczną ilość sprzętu i uwolniliśmy 3 członków załogi amerykańskiego bombowca. Nieustraszoność i zdecydowane poświęcenie starszego szeregowego Strykera odpowiada najlepszym tradycjom służby wojskowej".
 
    Na ziemi znaleźli się także żołnierze z 464. Powietrznodesantowego Pułku Artylerii, którzy niemal od razu dostali się pod silny ogień nieprzyjaciela. Sztuką wówczas było bronić się na otwartej przestrzeni, zbierać opadające pojemniki z częściami do haubic, składać je i wspierać inne nacierające jednostki na Diersdorf! Wśród lądujących był starszy szeregowy Robert F. Nicholls z Baterii C, który tak to później przedstawił: "Lot aż do Renu przebiegał spokojnie, lecz jak tylko zbliżyliśmy się do rzeki, zostaliśmy ostrzelani przez artylerię przeciwlotniczą i samolot zaczął wypełniać zapach dymu. Dym pochodził z zasłony położonej wcześniej na dole. Nie wiedzieliśmy, co zastanie nas w strefie skoku, dlatego byłem bardzo zaskoczony, gdy po tym, jak otworzył się mój spadochron, usłyszałem dźwięki potężnej strzelaniny. Jak tylko dotknąłem ziemi, sytuacja zaczęła się pogarszać. (...). Kiedy zrzuciłem spadochron, rozejrzałem się dookoła za ludźmi z mojej baterii i kontenerami z haubicami, które powinny być w pobliżu. Nikogo nie dostrzegłem, a jako że wszędzie świstały kule, postanowiłem poszukać jakiejś kryjówki. Nieopodal znajdowała się dziura, wyglądająca na lej po pocisku. Wskoczyłem do niej. Był tam już jeden żołnierz zwrócony twarzą w dół. Zapytałem go, czy jest z 464-go?, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Nie ruszał się, więc potrząsnąłem go za ramię, ale bez skutku. Obróciłem go i przekonałem się, że jest martwy. (...). Znalazłem następny dół i próbowałem odszukać załogę mojego działa, lecz ze względu na dość gęsty ogień wroga postanowiłem chwilę poczekać. Wreszcie znalazł mnie jeden z naszych sierżantów i powiedział mi, że nasze siedemdziesiątki piątki nadal znajdują się w kontenerach, poprosił mnie, żebym pomógł mu zgromadzić je tak szybko, jak tylko się da. Później dowiedziałem się, że skakałem niemal prosto na niemiecką baterię przeciwlotniczą 88 mm, która została tutaj przesunięta. Niemcy wiedzieli bowiem, gdzie i kiedy nadejdziemy".
 
    W jeszcze gorszej sytuacji znalazła się grupa żołnierzy z 466. Batalionu Spadochronowego Artylerii Polowej. I chociaż jego żołnierze przybyli na pole bitwy jako jedni z ostatnich, to wielu z nich także nie miało. Zostali oni pomyłkowo zrzuceni nie tam, gdzie było wyznaczone ich miejsce zrzutu, co w konsekwencji doprowadziło do całkowitej izolacji tej grupy. Jednym z tych żołnierzy był kapral John Magil, który tak później o tym wspominał: "Na otwartymi drzwiami zapaliło się czerwone, ostrzegające światło. Wstaliśmy, zaczepiliśmy się w nowy dwudrzwiowy sposób, sprawdziliśmy sprzęt i czekaliśmy. Wtedy, gdy przez małe okno widać był Ren, rozpętało się piekło. Siła ognia przeciwlotniczego przekroczyła wszelkie przewidywania i oczekiwania. Patrzyłem z niedowierzanie, jak samoloty obok nas zajmowały się ogniem i spadały ze swoim ludzkim ładunkiem. Dźwięk odłamków pocisków uderzających w dno naszego C-46 był niemal rytmiczny! (...). Znalazłem się po wschodniej stronie Renu, w ogniu artylerii, tak gęstym, że można było po nim chodzić. Wyleciałem przez drzwi dosłownie zapadając się wraz z połową mojego spadochronu, próbując dostać się na dół przez to wyjące piekło odłamków i ognia broni lekkiej. Ten widok nie przypominał niczego, co byłem sobie w stanie wyobrazić. C-46 płonął. Kontenery zwisały bez życia na swoich spadochronach! Wszędzie pociski! Gdy pierwszy raz spojrzałem w dół, ujrzałem pastwiska, galopujące konie i biegnących Niemców. (...). Zauważyłem setki kamuflażowych spadochronów, zaścielających ziemię, idąc do głównego kontenera z wyposażeniem. Tam, jak wiedziałem, zbierze się cała sekcja, jeśli przedrze się przez to ryczące piekło. W drodze pomogłem oczyścić najbliższy obszar z oporu wroga. Z wyjątkiem dobrze ukrytych snajperów i załóg umocnionych stanowisk km, wróg poddawał się w dość dużej liczbie. Przygniatająca siła desantu powietrznego musiała sparaliżować wielu żołnierzy wroga. (...). Gdy maszerowaliśmy przez strefy zrzutu innych jednostek spadochronowych i strefy lądowania jednostek, widzieliśmy przerażające sceny. Część jednej jednostki piechoty spadochronowej została zrzucona nad gęstym lasem - przekleństwo spadochroniarzy. Dziesiątki bezsilnych, ciężkich ciał zwisało z pokrytych spadochronami drzew - zginęli zanim byli w stanie użyć mechanizmu zwalniającego. (...). Szybowce zwolnione przez samoloty holujące z ludźmi, działami, czy jeepami na pokładzie musiały znaleźć przestrzeń do lądowania, w samym środku ognia artylerii przeciwlotniczej, broni lekkiej i oporu na ziemi. Wiele z tych szybowców uderzało w kable, drzewa i inne przeszkody. Zderzenie sprawiało, że jeepy i działa zrywały swoje cumy, miażdżąc żołnierzy i załogi szybowców. Inne szybowce lądowały tylko po to, aby stanąć w płomieniach po trafieniu przez pociski wroga. Gorzka świadomość faktu, że ich mężne poświęcenie pozostało niezauważone, wywoływało uczucie pustki w moim żołądku. Nagle do ziemi przygniótł nas ogień snajpera. Znajdowaliśmy się o kilkaset jardów dalej od naszych piechurów spadochronowych. Po raz pierwszy cała sekcja zdała sobie sprawę ze swojej nieprzydatności - wszyscy czterej mieliśmy tylko pistolety kaliber 45. Nie mieliśmy żadnych środków, którymi moglibyśmy się przeciwstawić niszczącemu ogniowi snajpera. Co więcej, nie miałem żadnych środków, aby zapewnić ogień artyleryjski. Gdy wzywałem przez radio centrum kierowania ognia 466., nie otrzymałem odpowiedzi. Po zdemontowaniu radia, nasza sekcja wymyśliła pewną taktykę. Czterej z nas obładowani ciężkim sprzętem komunikacyjnym, szukali wszelkich dostępnych naturalnych osłon, na zmianę wyłaniając się, biegnąc i padając. Z połową radiostacji 610 na plecach podniosłem się i biegłem przed siebie, tylko po to, aby paść na ziemię, obalony pociskiem, który uderzył i rykoszetował od mojego radia. Następny podniósł się kapitan, przebiegł i padł kilka stóp ode mnie. Teraz nadeszła kolej młodego operatora. Gdy podniósł się do biegu, został trafiony. Gdy wreszcie razem z moim kapitanem dotarliśmy do niego, był martwy. Ten dziewiętnastolatek spędził w walce niecała godzinę! Co zadecydowało o tym, że chłopak zginął, a ode mnie kula odbiła się rykoszetem? Konieczność skłoniła nas do zdjęcia części radiowych i sprzętu telefonicznego z naszego martwego towarzysza. Zostawiliśmy go tam i nadal staraliśmy się wydostać spod ognia. Nagle dowódca oddziału piechoty, widząc nasze problemy, przyszedł nam z pomocą. Nastawili swoje nowe działo bezodrzutowe 57 mm i wystrzelili prosto w pobliską stodołę. W rezultacie wybuchu, ośmiu niemieckich żołnierzy wyszło ze stodoły z rękoma w górze. Po raz pierwszy w walce tak bardzo chciałem osobiście zabić ośmiu ludzi, za to, że zabili mojego przyjaciela i radiooperatora...".
    Sierżant John Chester był szefem 1. sekcji baterii A wchodzącej w skład 466. Batalionu Spadochronowego Artylerii Polowej. To co zobaczył i przeżył podczas lotu nad strefę zrzutu, całkowicie odmieniło jego zdanie o pilotach samolotów, których uważał za "nierobów" i tych, którzy nic nie wiedzą o prawdziwej walce. Oto jego relacja: "O 10:00 przekroczyliśmy Ren, po czym przeżyliśmy dziesięciominutowy lot w ogniu artylerii przeciwlotniczej. Nagły wstrząs połączony z ogłuszającym dźwiękiem nasunął mi myśl, że samolot eksplodował. 20 mm pocisk przebił się przez podłogę i wbił w nogę Boatnera. Melvin T. Boatner z Bessimer w Alabamie zapłakał, zagryzł zęby i zbladł, zaś Perry i Montanino odpięli jego spadochron i położyli go po drugiej stronie samolotu. Miałem skakać pierwszy, lecz światło sygnałowe zostało zniszczone. Poprosiłem więc szefa załogi, aby stanął w drzwiach kokpitu, krzyknął i pomachał, kiedy nadejdzie nasz czas. Czerwone smugi pocisków zdawały się zapełniać niebo. Pociski przeciwlotnicze wybuchały wszędzie dookoła nas. To nie było najlepsze miejsce. Krążyliśmy jakieś 40 stóp nad działami, zmniejszając stale prędkość. Poczułem wtedy prawdziwy szacunek do tych lotników, którzy każdej nocy wracali do domu, brali gorący prysznic, spali w czystej pościeli, mieli czyste mundury i dobrą żywność, podczas gdy ja tydzień po tygodniu tarzałem się w błocie i kurzu. Tutaj nie było gdzie się ukryć - żadnej zasłony. Zasługiwali na wszystkie te dobre rzeczy. Tylko niech mnie z powrotem dostarczą na ziemię. Dwadzieścia sekund i tysiąc pocisków później znalazłem się na ziemi". Załoga samolotu, która bezpiecznie dostarczyła sierżanta Chestera na ziemię, przeżyła i powróciła do bazy. Pocisk, który trafił jego kolegę w nogę i zniszczył zbiornik z tlenem - który jakimś cudem nie eksplodował - był w rzeczywistości pociskiem, wystrzelonym z niemieckiego działka przeciwlotniczego kal. 30 mm. Pocisk ten utkwił w kręgosłupie Boatnera. Młody żołnierz nie został sparaliżowany i mógł po leczeniu normalnie funkcjonować, jednak nigdy nie odzyskał całkowitej sprawności. 
 
     Podobnych sytuacji, jak te opisane przeze mnie powyżej, było dużo więcej. Niemal w każdym samolocie i szybowcu działy się mniej lub bardziej drastyczne i niebezpieczne sceny, a każdy członek jego załogi przeżywał to na swój sposób. Nie inaczej było ze spadochroniarzami, którzy najpierw przezywali piekło na pokładach lecących maszyn, po czym musieli skakać w jeszcze gorsze miejsce.... Jedną z osób obserwujących to co działo się w powietrzu był gen. por. James M. Gavin (dowódca amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej), który znajdował się w jednym z samolotów. Tak to później zrelacjonował: "Lecieć z desantem powietrznym, ale nie skakać, było dla mnie nowością. Widok był imponujący, nie do opisania. (...). Powietrzna armada kontynuowała lot i minęła Ren. Natychmiast natknęła się na straszny, jak mi się wydawało, ostrzał artylerii przeciwlotniczej. Kilka samolotów i szybowców stanęło w płomieniach i zaczęło spadać; zdumiewająco duża liczba lotników, zrzuciwszy spadochroniarzy, pilotowała płonące samoloty. Załoga, z którą leciałem, naliczyła w pewnej chwili 23 palące się samoloty w zasięgu wzroku. Jednakże piloci zmierzający nad Ren lecieli naprzód, nie zrażając się groźnym spektaklem, który rozgrywał się przed ich oczami".
    A na ziemi? Na ziemi nie było lepiej. Intensywne walki rozgorzały w kilku kluczowych miejscach, m. innymi w otoczonym przez amerykanów zamku Diersfordt, gdzie wycofali się Niemcy. Atak przeprowadził grupa bojowa płk. Raffa wsparte spadochroniarzami z 1. batalionu z kompanii A i 3. batalionu z kompanii G. Niemcy bronili się zaciekle, broniąc się w każdej z komnat i systematycznie wycofując się w głąb zamku i na jego wieże. Starcia trwały ponad dwie godziny, co doprowadziło do strat po obu stronach i wzięciu do niewoli około 300 jeńców niemieckich z 84. Dywizji Piechoty, która mocno tego dnia dała się amerykanom we znaki.
    Ostatecznie po południu 24 marca 1945 roku, większość zadań wyznaczonych poszczególnym jednostkom zostało zrealizowanych, co doprowadziło do kontaktu z komandosami brytyjskimi w Wesel. Ten manewr pozwolił aliantom na przełamanie niemieckich punktów obrony i zepchnięcie obrońców na południe od rzeki Lippe, a w kolejnych dniach doprowadziło do gwałtownego osłabienia oporu wroga. W tym okresie 17. Dywizję Powietrznodesantową podzielono na dwie części, które wraz z Brytyjczykami miały nacierać na miejscowości Dinslaken i Dorsten, kierując się odpowiednio do Duisburga (zdobyte 29 marca) i Münster (zdobyte 2 kwietnia). Inne jej jednostki zdobyły także Gievenbeck i Mecklenbeck leżące na zachód i południowy-zachód od Münster.
 
     Straty żołnierzy wojsk powietrznodesantowych były wysokie. Przyczyny należy szukać przede wszystkim tym, że desant miał miejsce w dzień, a nie w nocy,co sprawiło, że wielkie i nisko lecące maszyny były bardzo podatne na ogień przeciwlotniczy wroga. Straty poniosło zwłaszcza 52. Skrzydło Transportowe, które wykorzystywało w większości potężne samoloty transportowe C-46 Commando zwany potocznie - nie bez znaczenia - wielorybem. Ze względu na złą konstrukcję - wbudowane w skrzydła zbiorniki paliwa - i niemal całkowity brak opancerzenia, często po trafieniu zamieniał się w kulę ognia, pochłaniającą wszystkich oczekujących na skok spadochroniarzy. Oficjalne źródła podają, że aż 19 (niektóre źródła mówią o ponad 20) z 72 maszyn tego typu zostało zniszczone tego dnia. Dodatkowo Niemcy zniszczyli 30 samolotów typu Douglas C-47 Skytrain i uszkodzili aż 339!
    Amerykanie podczas operacji "Varsity" stracili około 70 samolotów ze wszystkich 913 maszyn w powietrzu. 13 szybowców zostało zniszczonych jeszcze w powietrzu, 14 doszczętnie rozbitych podczas lądowania, a ponad 50% ze wszystkich 906 (niektóre źródła podają liczbę 908) szybowców zostało uszkodzonych już na ziemi, z których później niespełna 150 udało się naprawić. Podczas całej operacji, zginęło w sumie 714 członków załóg samolotów i szybowców. Ci, którzy przeżyli (podobnie, jak piloci brytyjscy) otrzymali podczas tych pierwszych dni walk, zadanie pilnowania jeńców wojennych, których ostatecznie naliczono 2.456. Spadochroniarze i piloci szybowców stanowili w późniejszym okresie cześć sił okupacyjnych zdobytych terenów, a zwolnieni zostali dopiero 15 czerwca 1945 roku. Następnie została przetransportowana do Francji, skąd we wrześniu 1945 roku wyruszyła do Stanów Zjednoczonych.  
     Operacja "Varsity" zakończyła się ostatecznie pełnym sukcesem. 17. Dywizja Powietrznodesantowa wypełniła wszystkie swoje zadania zgodnie z planem w kilka pierwszych godzin od desantu. Jej żołnierze byli ostatecznie w boju przez 45 dni, tracąc przy tym 6.435 żołnierzy, w tym 1.307 poległych w akcji, 4.904 rannych i 224 zaginionych. Jak łatwo obliczyć, średnia liczba zabitych i rannych jednego dnia wynosiła 143 żołnierzy, co pokazuje, że operacja "Varsity" nie była "spacerkiem".
 
    Największe straty w powietrzu i na ziemi ponieśli żołnierze 194. Pułku Piechoty Szybowcowej dowodzonej przez płk. Jamesa Pierce’a. 12 transportowców C-47 zostało utraconych z powodu ognia przeciwlotniczego, z czego część wraz ze spadochroniarzami, którzy z różnych powodów nie mieli możliwości opuszczenia pokładu, a kolejne 140 zostało mniej lub bardziej uszkodzonych. Około 2/3 szybowców transportujących tych żołnierzy, została zniszczona lub ciężko uszkodzona podczas lotu, lądowania i w pierwszych minutach po wylądowaniu na ziemi. Nieco mniejsze straty poniosły samoloty transportujące 513. Pułk, które miały nieszczęście przelecieć nad stanowiskami niemieckich baterii przeciwlotniczych. Wróg zestrzelił w sumie 22 samoloty, a kolejnych 38 uszkodził. Jeden z trafionych wówczas samolotów pilotował dowódca 313. Grupy Transportowej, podpułkownik William Albert Filer. Choć w stronę jego maszyny leciało niezbyt wiele pocisków wystrzeliwanych przez artylerię przeciwlotniczą i karabiny maszynowe wroga, to mimo wszystko, jego samolot zdołano trafić. Choć maszynę ogarnęły płomienie, to Filer nadal pilotował maszynę, dzięki czemu wszyscy spadochroniarze zdążyli ją opuścić. Według świadków, podpułkownik chciał w ten sposób uniknąć również zderzenia z innymi samolotami, które leciały jeszcze nie trafione, lub też spadały z nieba na ziemię. Podpułkownik William A. Filer zdołał wymanewrować swoją maszyną ze strefy zrzutu, jednak wraz z samolotem spadł niedaleko Wesel. Jego szczątki zostały później przetransportowane do Stanów Zjednoczonych i pochowane na Narodowym Cmentarzu w Arlington, który administrowany jest przez Departament Armii. 
    Straty zadawane były przez ogień przeróżnych dział artylerii przeciwlotniczej, ogień karabinów maszynowych, a także niemieckich dział i czołgów, których opuszczone do maksimum lufy, siały zniszczenie wśród opuszczających szybowce załóg. Trzeba tutaj zaznaczyć, że czas desantu piechoty szybowcowej był znacznie wydłużony ze względu na uszkodzenia opuszczanych przez nich maszyn oraz sprzęt, który posiadali na pokładach.
    To z czym zmagali się - przewożący na swoich pokładach żołnierzy - piloci szybowców, opisał na łamach gazety wojennej Stars and Stripes już 26 marca 1945 roku Edgar E. Clark. Dwukrotnie ranny we Włoszech korespondent wojenny, był tam i widział całe to piekło: "Trudno dokładnie opisać lądowanie szybowców, zwłaszcza gdy lądowały w samym środku terytorium wroga, a wokół toczyła się bitwa. Zbyt wiele działo się zbyt szybko. Niektóre szybowce miały szczęście i wylądowały bez jednej rysy. Inne zmieniły się w proch. Jeden szybowiec, poszarpany ogniem przeciwlotniczym, zarył dziobem w gliniastą ziemię. Nie wyszedł z niego nawet jeden żywy człowiek. W ciągu kilku sekund płótna pochłonął ogień, zaprószony przez pociski smugowe. Próbując desperacko wylądować, zanim zostaną zniszczone, inne szybowce rozbijały się o zagrody, były rozrywane o druty, roztrzaskiwały się na już uziemionych samolotach. Żołnierze, którzy nie odnieśli ran, wylatywali z szybowców...".
    Na koniec jeszcze relacja jednego z pilotów szybowca - Delberta Townsenda, który był świadkiem straszliwej katastrofy szybowca i śmierci swoich 31 kolegów w grudniu 1944 roku w bazie lotniczej Greenham Commons w Anglii. Wiedział więc, jak niebezpieczne są to maszyny i jak bezbronne są ich załogi podczas ostrzału artyleryjskiego. Porucznik Townsend służył w 194. Pułku Piechoty Szybowcowej, która brała udział w operacji "Varsity", jednak ze względu na chorobę drugiego pilota jednego z szybowców, został oddelegowany do jego zastąpienia. Stało się tak ponieważ wcześniej odbył kurs pilotażu, a także zajmował się przygotowaniem szybowców przed samą operacją. Według dowództwa miał doświadczenie i znał je na tyle dobrze, że mógł zastąpić drugiego pilota. Tak opisał to co przeżył: "23 marca 1945 roku wszystkie szybowce były już gotowe,a  załogi otrzymały do nich przydział. Wraz z kapitanem Jerrym Stuhrmanem wielokrotnie sprawdzaliśmy każą z maszyn. Wczesnym rankiem 24 marca cała kompania otrzymała obfite śniadanie. Jako oficer wykonawczy kompanii A, 1. batalionu, dowiedziałem się wtedy, że mam zastąpić drugiego pilota. Po ceremonii religijnej, wsiedliśmy na ciężarówki i skierowaliśmy się w stronę szybowców. Wiedziałem, że szybowce będą przymocowane po dwa do holującego samolotu. W mojej maszynie znalazł się sierżant Robert M. Kepler i 11 innych szeregowych z kompanii A. Pilot siedział na lewym siedzeniu, a ja byłem drugim pilotem i siedziałem na prawym. Podczas wielu lotów szkoleniowych siedziałem na prawym siedzeniu i uczyłem się, jak postępować zgodnie z instrukcjami pilota, które dotyczyły odczepiania linii holowniczej i odpowiedniego wypuszczania klap podczas lądowania. Załadowaliśmy się i czekaliśmy na start. Było około ósmej, kiedy szybowiec wzbił się w powietrze". Porucznik już wtedy miał obawy, ponieważ jeszcze przed znalezieniem się nad terytorium wroga, zauważył rzeczy, które wywołały u niego głęboki niepokój. Jedną z nich były liny holujące dwa szybowce - jeden był na krótkiej linie, drugi na długiej. "Będąc na szybowcu z "krótkim holowaniem", odczuwałem bardzo nieprzyjemne uczucie, gdy widziałem, jak długi hol - znajdujący się po naszej lewej stronie - uderzył o nasze skrzydło. Pierwszy pilot próbował temu zapobiec i przesunął szybowiec jeszcze bardziej w lewo. W tym momencie z nieznanych przyczyn straciliśmy łączność z samolotem holowniczym. W trakcie lotu incydent z liną miał miejsce jeszcze przynajmniej trzy razy. Kolejna groźna sytuacja miała miejsce jakieś siedem mil od Renu. Wtedy po naszej lewej stronie zobaczyliśmy brytyjski czterosilnikowy bombowiec. Znajdował się na tej samej wysokości co my, leciał prosto na nas, płonął, a za nim ciągnęły się kłęby czarnego dymu. Około dwóch mil przed nami zobaczyliśmy kilka otwierających się spadochronów, więc założyliśmy, że to załoga. Około mili przed nami samolot wszedł w ostry lot nurkowy. Uderzając w ziemię, eksplodował z bardzo głośnym hukiem. Zaledwie kilka sekund później, nasz szybowiec podskoczył w powietrzu na jakieś trzy metry. To, że nasz szybowiec nie rozpadł się i nie rozbił, to cud. (...). Gdy zbliżaliśmy się do naszej strefy lądowania, z jakiegoś powodu nasz samolot holujący spuścił linę, a ta owinęła się wokół dziobu naszego szybowca. Zarówno pilot, jak i ja, próbowaliśmy zrzucić hol, ale bezskutecznie. Nie widziałem długiego holu, ciągle myślałem o linie przyczepionej do szybowca. Obawiałem się, że lina holownicza, zaczepi się o drzewo lub jakiś inny ciężki przedmiot i spowoduje katastrofę. W całym tym zamieszaniu musieliśmy zlokalizować naszą strefę lądowania i posadzić szybowiec na ziemi. Z wciąż przyczepioną liną, postępowałem zgodnie z instrukcjami pilota dotyczącymi obsługi klap. Na szczęście udało się nam bezpiecznie wylądować, choć zaliczyliśmy twarde lądowanie. Szybowiec zarył nieco dziobem w ziemię, lecz wydostaliśmy się z niego bez problemów. Zajęliśmy pozycje obronne wokół szybowca i staraliśmy się połączyć z innymi załogami, które właśnie wylądowały. Z moje perspektywy pierwsze godziny na ziemi były bardzo chaotyczne. Rozbite i spalone szybowce otaczały nas zewsząd, gdy próbowaliśmy się zorganizować. (...). Wiadomości o ofiarach rozchodziły się lotem błyskawicy. Jedną z pierwszych poważnych strat, o których się dowiedziałem, był szybowiec, w którym zginęli dowódca 1. batalionu major Hundley i porucznik Loomis wraz całą załogą. Ich szybowiec został trafiony i podpalony podczas podchodzenia do lądowania. Wszyscy na pokładzie zginęli. (...). Późnym popołudniem 24 marca, nad naszym obszarem pojawiły się tłumy samolotów z zaopatrzeniem. Niestety, artyleria przeciwlotnicza trafiła kilka z nich, podpalając je i powodując katastrofy. Jednym z najbardziej przerażających widoków, jakie osobiście wtedy widziałem, był samolot C-47 przelatujący nad naszym obszarem na wysokości około 300 metrów. Załoga wypychała z pokładu paczki z zaopatrzeniem. Niestety podczas tego zrzucania zaopatrzenia, jeden członek załogi wypadł bez spadochronu. Widoku tego spadającego na ziemię człowieka, nigdy nie zapomnę...". Porucznik Delbert Townsend wraz ze swoimi ludźmi, przez następne godziny zabezpieczał pozycje kompanii, po czym dostał rozkaz przygotowania się do marszu i zdobycia miasta Münster.
 
    Podczas tej operacji w sumie trzech jej żołnierzy wykazało się niezwykłym bohaterstwem. Wszyscy oni zostali potem uhonorowani Medalem Honoru. Niestety, wszyscy pośmiertnie.... Oprócz dwóch żołnierzy, których dokonania opisałem powyżej, Medal Honoru, jako trzeci otrzymał sierżant techniczny Clinton M. Hedrick ze 194. Pułku Piechoty Szybowcowej. On i jego towarzysze z kompanii I, w dniach 27-28 marca 1945 roku, brali udział w zdobyciu zamku Lembeck, który został przez Niemców zamieniony w ufortyfikowana twierdzę. Po tym jak wylądował niedaleko Wesel, pluton Hedricka został wyznaczony, jako oddział szturmowy, który miał za zadanie atakować i oczyszczać poszczególne pozycje wroga. Już podczas pierwszych szturmów na zamek, sierżant wykazywał się odwagą,. W trzech takich atakach ratował swoich przygwożdżonych do ziemi kolegów, poprzez celny ogień swojego ze swojego karabinu. Jego odwaga za każdym razem motywowała żołnierzy do powstania i atakowania pozycji wroga. Nieco później Hedrick odkrył flankującego ich oddział wroga. Swoim celnym ogniem zabił sześciu atakujących ich Niemców, i nadal strzelając zmusił pozostałych do odwrotu. Jakiś czas później jeden z niemieckich żołnierzy wyszedł przed bramę zamku z rękami podniesionymi do góry i oznajmił, że cały broniący się oddział chce się poddać. Do przyjęcia kapitulacji został wyznaczony Hedrick i czterech jego towarzyszy. Grupa przeszła przez most zwodzony na dziedziniec zamkowy, gdzie miało dojść do złożenia broni. W tym momencie Niemcy otworzyli do nich ogień, raniąc sierżanta technicznego Hedricka,. Ten pomimo ciężkich ran, odpowiedział celnym ogniem, umożliwiając w ten sposób wycofanie się swoich towarzyszy. Niedługo potem zamek został zdobyty, ale życia sierżanta nie udało się uratować. Hedrick zmarł w drodze do szpitala 28 marca 1945 roku....
 
     9 maja 1945 roku porucznik Delbert Townsend wraz z resztą ludzi z 194. Pułku Piechoty Szybowcowej, został przeniesiony do Duisburga. Wcześniej zadecydowano, ze to właśnie tam zostanie pochowanych część żołnierzy, poległych w walkach o niemieckie Zagłębie Ruhry, a ich pochówkiem, mieli się zająć właśnie chłopaki z piechoty szybowcowej. Po identyfikacji i całej procedurze rejestracji zabitego, ciała układano w drewnianych trumnach i transportowano do centrum miasta, gdzie czekały już - wykopane wcześniej przez mieszkańców Duisburga - mogiły. Ze względu na dużą ilość zabitych i rozkładające się ciała, tymczasowy (polowy) cmentarz postanowiono utworzyć w parku, na przeciwko gmachu teatru i wielkiego hotelu Duisburger Hof (obecnie Hotel Haus Duden), gdzie ulokowano dowództwo 194. Pułku Piechoty Szybowcowej. Na miejscu zgromadziło się setki niemieckich cywili, którzy grubym kordonem otoczyli całe miejsce, bacznie przyglądając się całej ceremonii. Wewnątrz kordonu znajdowali się nie tylko mężczyźni kopiący doły, ale również dziesiątki pilnujących ich żołnierzy z 17. Dywizji Powietrznodesantowej. Wszyscy oni w zadumie patrzyli na otwarte jeszcze trumny, w których spoczywali ich koledzy. Wszyscy oni - w latach 60-tych ubiegłego wieku - zostali przeniesieni głównie na Amerykański Cmentarz Wojenny w Margraten w Holandii, gdzie spoczywają do dziś....
 
    Zdjęcia współczesne i archiwalne pochodzą ze zbiorów autora, archiwalne wykonane zostały najprawdopodobniej w dniach 09-12 maja 1945 roku, natomiast współczesne w czerwcu 2024 roku.
 
Bibliografia:

Beevor, Antony, Druga wojna światowa, Kraków 2013 
Ford, Ken & Gerrard, Howard, Wielkie bitwy II wojny światowej. Sforsowanie Renu 1945. Operacje "Plunder" i "Varsity", Poznań 2011
Jordan, Kenneth, N. Sr., Yesterday’s Heroes. 433 Men of World War II awarded the Medal of Honor 1941-1945, Atglen PA, 1996 
McKee, Alexander, Wyścig do Renu. 1940-1944-1945, Warszawa 2001
Montgomery, Bernard, L., Wspomnienia, Warszawa 1996
Whiting, Charles, Ostatnia bitwa na froncie zachodnim, Warszawa 2010

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz