środa, 25 marca 2026

Dawniej i dziś - niemieccy jeńcy wojenni w Hamminkeln (Operacja "Varsity"). 1945-2024

    Kiedy w ramach Operacji "Varsity", nad srebrzystym szerokim Renem pojawiły się pierwsze brytyjskie samoloty i szybowce, natychmiast odezwały się działa i karabiny niemieckich jednostek przeciwlotniczych. Ich ogień narastał i stawał się coraz celniejszy z każdą minutą, co powodowało wśród nadlatującej armady powietrznej spore straty. Podobnie rzecz działa się już na ziemi, kiedy rozproszeni spadochroniarze i załogi szybowców musiały przeciwstawić się silnej obronie wroga. Jednak z każdą godziną, skuteczna obrona słabła, co w dużej mierze było zasługą walczących alianckich oddziałów powietrznodesantowych. Był jednak jeszcze jeden - nie mniej istotny - powód, dzięki któremu szala zwycięstwa przechylała się na ich stronę. Otóż chęć walki Niemców, gasła równie szybko, co przybywające na ziemię kolejne jednostki alianckie. Dzięki temu, już po kilku godzinach walk, do niewoli jenieckiej oddało się dobrowolnie lub wpadło podczas walk, setki niemieckich żołnierzy....

    Niemieccy żołnierze tylko w pierwszych kilku godzinach wykazywali wolę walki i działo się to głównie w strefach zrzutów i lądowań. Ich zaciętość była wówczas bardzo duża, co przenosiło się na straty wśród lądujących - i nierzadko bezbronnych - żołnierzy alianckich. Jednak już w godzinach popołudniowych 25 marca 1945 roku, ich morale i chęć walki były dalekie od oczekiwań ich dowódców. Tak było niemal w każdym miejscu, gdzie toczono walki i dotyczyło to najróżniejszych jednostek. 
    Opór jaki napotkali brytyjscy spadochroniarze z 6. Dywizji Powietrznodesantowej w Hamminkeln i jego okolicach słabł niezwykle szybko. Już w godzinach popołudniowych niemal wszystkie powierzone im zadania zostały wykonane lub były w fazie ich ukończenia i działo się to przy sporadycznym już wtedy przeciwdziałaniu wroga. Schemat był niemal wszędzie podobny. Jak tylko spadochroniarze się organizowali i przystępowali do metodycznej walki z przeciwnikiem, jego opór słabł, lub załamywał się całkowicie, a wszyscy obrońcy trafiali do niewoli lub salwowali się ucieczką. Jak wspominał jeden z brytyjskich spadochroniarzy: "Niemcy szybko się poddawali, jednak wciąż trwał ogień nękający z pozycji, które nie zostały jeszcze zlokalizowane".
 
    Chociaż wielu żołnierzy brytyjskich nie zdołało dotrzeć na czas do punktów zbiórki, to jednak zdołano zgromadzić ich na tyle dużo, aby przeciwstawić się wrogowi i zacząć skutecznie wypierać go z zajmowanych pozycji. W ten sposób żołnierze 6. Brygady Spadochronowej, 2. Batalionu Lekkiej Piechoty Oxfordshire i Buckinghamshire i 1. Batalionu Royal Ulster Rifles zdołali dosyć szybko wywalczyć sobie drogę do linii kolejowej i zająć mosty na rzece Issel pomiędzy Hamminkeln i Ringenbergiem, oraz zająć dworzec kolejowy w Hamminkeln i zablokować północne podejścia do miasta. Podobnie - wykorzystując umiejętności taktyczne podczas walki - poradził sobie 12. Batalion Pułku Devonshire, który odpowiedzialny był za zajęcie i utrzymanie Hamminkeln. Ich manewr oskrzydlający i późniejszy silny atak całością batalionu, doprowadził do otoczenia garnizonu obronnego wroga, który zaczął się poddawać. Najbardziej zaciekle bronili się wówczas spadochroniarze z 7. Dywizji Spadochronowej generała porucznika Wolfganga Erdmanna, ale i oni z czasem skapitulowali.
 
    Poznajmy na koniec kilka relacji brytyjskich żołnierzy, którzy walczyli w tym rejonie i mieli styczność z poddającymi się Niemcami. "W drodze do Hamminkeln mijaliśmy baterię w Oerlikon, która wyrządziła nam tak wiele szkód. (...). Z jednego schronu ukazała się biała chusteczka zatknięta na czubek bagnetu, po czym wyszedł żołnierz, nie żaden arogancki nazista, jak się spodziewałem, lecz raczej przerażony urzędniczyna bankowy. Przeszukaliśmy jeńców, jeden z nich miał ukryty w wewnętrznej kieszeni piękny złoty zegarek wysadzany kamieniami. Jego twarz nie wyrażała nic, zarówno jak brałem zegarek, jak i kiedy go zwróciłem. (...)." - wspominał później sierżant sztabowy, pilot szybowca Norman Elton.
    Pluton w którym służył Charles Graves z Royal Ulster Rifles wziął tego dnia (25 marca 1945 r.) w jednym z budynków 25 jeńców. On tak opisał później ten moment: "Szczęśliwie, nasz pluton wylądował po drugiej stronie budynku, który mieliśmy zdobyć. Pomimo gwałtownego przyjęcia przez wroga, nasz pluton zachował porządek, zebrał się szybko i zaatakował budynek. W tym czasie Dyball przeniósł swój oddział do lasu, tak, że mógł widzieć okop biegnący do budynku i mostu. Pozwoliliśmy uciekającym z budynku Niemcom zbliżyć się na odległość 20 jardów, po czym obrzuciliśmy ich granatami. Granaty nie wpadły do okopu, wybuchając obok. Pomimo tego, Niemcy szybko się poddali...". Mniej więcej w tym samym czasie, w innym miejscu, oddział mostowy z Royal Ulster Rifles wziął do niewoli około 50 jeńców i uszkodził niemieckie działo samobieżne. Trafiony pociskiem z granatnika PIAT pojazd, został jedynie uszkodzony, ale to wystarczyło, aby pozostałe cztery pojazdy wycofały się w pośpiechu.
    Sierżant pilot Brain Latham, przeżył zmasowany ostrzał artyleryjski, który uszkodził jego szybowiec, oraz lądowanie i - jak sam to określił - jatkę podczas opuszczania maszyny. Oto jego relacja z tych chwil: "Wokół walało się mnóstwo wraków i płonących Dakot, musieliśmy jednak rozładować się i dostać na miejsce zbiórki na farmie. Niemiecki karabin maszynowy przygwoździł nas do ziemi. (...). Całość wyglądała na kompletną jatkę, lecz Niemcy poddawali się, a piloci szybowcowi zostali zatrudnieni do ich pilnowania. Dotarliśmy do farmy, bez strat wzięliśmy do niewoli przerażoną załogę i ruszyliśmy do Hamminkeln. (...). Zdaliśmy sobie sprawę, że od naszego lądowania minęła dopiero godzina".
    Często podczas krótkich - lecz bardzo zaciekłych - walk z niemieckimi żołnierzami obsługującymi działa przeciwlotnicze, ich załogi szybko się poddawały. Ich pilnowanie przypadło - ze względu na brak doświadczenia w walce - głównie pilotom szybowców, lub - nierzadko - rannym spadochroniarzom. Wszystkich poddających się zbierano w większe grypy i eskortowano w wyznaczone do tego celu miejsca. Były to głownie farmy i duże budynki gospodarcze. Jedną z takich grup eskortowali sierżanci piloci Stan Jarvis i Peter Geddes. Jarvis później opowiadał: "Obowiązkiem pilotów było pilnowanie i przeszukiwanie jeńców pod kątem posiadania szczególnych przedmiotów, jak broń, mapy, pieniądze, materiały wywiadowcze, itp.. Wszystkie rzeczy osobiste byłe zwracane jeńcom. W dużym pokoju, szerokości około 8 metrów kwadratowych, osobiście zajmowałem się rewidowaniem jeńców. Żołnierze niemieccy stali pod ścianą z rękoma do góry. Zacząłem przeszukiwać po kolei każdego jeńca, drugi pilot zaś osłaniał mnie ze Stenem w ręku. Po chwili zorientowałem się, że na stole, na którym składałem znalezione rzeczy, znalazła się olbrzymia ilość holenderskich guldenów. Z kieszeni jeńców wyjmowałem kolejno grube pliki banknotów o wysokich nominałach. Po przesłuchaniu kilku jeńców, mówiących po angielsku, przyznali ze zmieszaniem, że ich jednostka niedługo wcześniej została wycofana za Ren. Zanim wyjechali, obrabowali miejscowy bank i ciągle mieli przy sobie pieniądze! Rozweselony przeszukałem młodego żołnierza (...). Z kieszeni jego kurtki wyciągnąłem garść prezerwatyw. Poprosiłem jego mówiących po angielsku towarzyszy, że długo czasu minie, zanim będzie mógł ich użyć, bo teraz jest jeńcem. Kiedy ci przetłumaczyli mu to na niemiecki, inni żołnierze wroga wybuchli śmiechem".
    W innym miejscu - podczas walk w pobliżu młynu - jeden z kapitanów brytyjskich wraz z jednym podoficerem obeszli młyn osłaniający ich przed ogniem kolejnego stanowiska przeciwlotniczego i od tyłu zaatakowali załogę, zabijając wszystkich żołnierzy wroga. Dowódca innego działa natychmiast wywiesił białą flagę....
    Takie sytuacje sprawiły, że tylko sierżanci Jervis i Geddes mieli pod swoją opieką około 150 jeńców. Wszyscy oni zostali odprowadzeni do centrum zdobytego Hamminkeln. Tam niektóre z budynków, zostały wykorzystane do ich przetrzymywania i w charakterze prowizorycznego "Obozu Pracy Przymusowej".
    Relacjonując walki z dnia marca 1945 roku, kapitan Robert Rigby tak zapamiętał te momenty: "Mój szybowiec rozleciał się przy lądowaniu. Na szczęście byłem jedynie poobijany, lecz poza tym bez ran. Objąłem dowództwo nad batalionem. (...). Kilka minut później przybiegła do mnie połowa pasażerów z szybowca kompanii C, który teraz płonął. Przekazali mi, że przeżyło jakieś 2/3 ich plutonu, który ruszył w stronę budynku. (...). Przybyły jeszcze dwa plutony z kompanii C i jeden z kompanii B. Wszystkie prowadziły ze sobą jeńców. (...). Niemcy stawiali słaby opór. Kiedy żołnierze z Royal Ulster Rifles zbliżyli się do nich na odległość około 40-50 jardów, większość żołnierzy wroga porzuciła broń i poddała się". W tej samej potyczce brytyjskie obsługi dział przeciwpancernych zajęły dogodne pozycje, skąd mogły pokryć pobliską drogę ogniem. Niemieckie pojazdy posuwały się wolno, co natychmiast wykorzystali Brytyjczycy. Dwa strzały dosięgły dwóch transporterów opancerzonych, w których zginęły niemal całe załogi. Pozostali przy życiu żołnierze wroga, natychmiast poddali się.
    W niezwykłych okolicznościach, niemieckich  żołnierzy wziął także młodszy kapral Richard Dunkley z Pułku Devonshire: "Pierwszymi Niemcami, których spotkałem, były dwie starsze, sześćdziesięcioletnie kobiety, stojące i trzymające się za ręce. Nie jestem pewien czego chciały, ale widziałem ich przerażenie. Łamanym niemieckim zapytałem, czy na farmie są jacyś żołnierze. Jedna z nich wskazała na schody. (...). Wyciągnąłem więc granat nr. 36 i wyjąłem z niego zawleczkę. (...). Oczywiście nie miałem zamiaru używać granatu, chciałem tylko skłonić je do współpracy. Po tym kobieta krzyknęła coś przez wejście na górę i po kilku sekundach pojawiło się dwóch szkopów. Kiedy ujrzeli żołnierza z wojsk powietrznych z granatem, w pozycji gotowej do rzutu, szybko zbiegli po schodach. Wyglądali na załogę dział przeciwlotniczych, skierowanych do walki naziemnej. Bardzo chętnie się poddali. (...). Minęło zaledwie pół godziny, gdy spoceni i dyszący przedarliśmy się przez żywopłot przy drodze, tuż przed kościołem, naszym miejscem zbiórki w Hamminkeln. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy grupę pilotów szybowcowych, zajmujących farmę obok kościoła. Przeszukiwali właśnie około stu jeńców (...). Jeńcy pochodzili z różnych jednostek, większość z nich była dobrze wyposażona w mundury jednostek zmotoryzowanych. Wszyscy wydawali się pogodzeni ze swym losem.... (...). Poszliśmy do miejsca, gdzie trzymano jeńców, teraz już około 300. Jeden z pilotów szybowcowych kazał się im uciszyć i poprosił o trzech ochotników do kopania okopów. Usłyszałem, jak wspominał coś o papierosach, trochę ich zatem przekupił. Ku mojemu zdziwieniu zgłosił się mały tłum (...). Szybko i dość radośnie wykopali dla nas okop. Pamiętam, jak płaciliśmy im papierosami i czekoladą, po czym, zaskakując nas całkowicie, uścisnęli nam dłonie i wrócili do zagrody. Dziwaczna sytuacja, zważywszy na to, że jakieś 200 metrów dalej, ich kumple planowali zabić tak wielu z nas, jak to tylko możliwe...". - wspominał później.
    Do budynków w Hamminkeln i pobliskich farm systematycznie przyprowadzano jeńców wojennych. Do zmierzchu 25 marca, zgromadzono ich w sektorze brytyjskim około 650. Wielu z nich poddało się podczas popołudniowych patroli prowadzonych przez żołnierzy z Royal Ulster Rifles.
    Wśród tych jeńców, była także grupka wzięta do niewoli przez porucznika Grodona Proctora i jego towarzyszy. Podczas krótkiej potyczki z wrogiem, porucznik zdecydował się wystrzelić w kierunku Niemców z dwucalowego moździerza. Pech chciał, że jako drugi pocisk, załadował on pocisk dymny.... Po eksplozji słychać było śmiechy jego towarzyszy. Pomimo tego, wszyscy Niemcy wyszli z rękoma podniesionymi do góry.
    Była jeszcze jedna sytuacja, o której warto tutaj wspomnieć. Opisał ją w 2006 roku na łamach The Eagle sierżant sztabowy pilot John Perfect z 53. Lekkiego Pułku Powietrznodesantowego Worcestershire Yeomanry. Oto jej fragment: "Spokój panujący nocą (z 25 na 26 marca 1945 roku, przyp. autora) został naruszony tylko raz. Tuż po północy, grupa około stu Niemców podjęła próbę powrotu na własne ;inie. W trakcie wtargnęli na teren naszej kwatery głównej. Major Russel wyszedł zobaczyć co się dzieje i ujrzał Niemców trzymanych na celownikach Brenów przez żołnierzy z sił obronnych pułku pilotów szybowcowych. Russel podszedł do nich i wezwał ich oficera, który bez zwłoki złożył broń".
    Udział w pilnowaniu jeńców niemieckich miał także sierżant sztabowy pilot George Nye, który w rejon walk dostarczył część personelu 195. Powietrznodesantowego Szpitala Polowego. Jego zadanie polegało na zabezpieczeniu personelu szpitala przed atakiem wroga. Tak sobie z tym poradził: "Z "pomocą" kilku jeńców, kopiących okopy, ustanowiliśmy obszar obronny dookoła farmy. Wtedy skupiliśmy się na ich pilnowaniu. Kiedy wreszcie wycofaliśmy się następnego dnia, zostawiliśmy po sobie skomplikowany system okopów".
    Na koniec jeszcze relacja jednego z żołnierzy 716. Kompanii Królewskiego Korpusu Logistycznego, który był świadkiem wzięcia do niewoli kilkunastu Niemców. Jego relację można przeczytać w kompanijnym dzienniku wojennym: "(...). 3 żołnierzy wraz ze zdobytym pojazdem wroga zostało wyznaczonych do przewiezienia jeńców z punktu dowodzenia dywizji do szpitala polowego. Wracając po zakończeniu misji, natknęli się na patrol wroga i sami zostali wzięci do niewoli. Nocą zostali wykorzystani przez wroga jako noszowi. (...). Po zakończeniu misji porucznik J. B. Roberts i jeden żołnierz, natknęli się na ten sam niemiecki patrol, co poprzednich trzech żołnierzy i również zostali wzięci do niewoli. Por. Roberts poinformował dowódcę wrogiego oddziału, że wojna jest już skończona i dalsza walka jest bezcelowa. Oficer wroga był gotowy złożyć broń, jeśliby uzyskał zapewnienie, że razem ze swoimi żołnierzami nie zostanie rozstrzelany po kapitulacji. (...). Niemiec otrzymał gwarancje, że nie zostaną rozstrzelani, jeśli złożą broń. Następnie por. Roberts powrócił z żołnierzem wroga na pozycje niemieckie i bez dalszych kłopotów około 60 żołnierzy wroga oddało się do niewoli...".
 
    Dwa pierwsze zdjęcia archiwalne przedstawiają brytyjskich żołnierzy, wyprowadzających niemieckich jeńców z dawnej szkoły podstawowej w centrum Hamminkeln. Budynek został otwarty w 1912 roku i aż do pierwszej dekady XXI wieku pełnił rolę szkoły podstawowej. W trakcie Operacji "Varsity" idealnie nadawał się zatem do przetrzymywania w nim większej liczby niemieckich jeńców wojennych, co też Brytyjczycy chętnie wykorzystali. Zdjęcia zostały wykonane najprawdopodobniej późnym popołudniem 25 marca 1945 roku.
    Zdjęcie współczesne zostało wykonane w czerwcu 2024 roku. Od kilkunastu lat budynek jest opuszczony, a fakt, że nie jest to zabytek, przedłuża dyskusję, co do jego nowej roli.
 
    Trzecie zdjęcie przedstawia niemiecką ludność cywilną pod eskortą brytyjskich spadochroniarzy w centrum miasta. Cywile zostali zebrali zaledwie 200 metrów od starej szkoły, gdzie byli przetrzymywani niemieccy żołnierze. Na zdjęciu współczesnym, wyraźnie widać drogę prowadzącą do budynku dawnej szkoły.
 
Bibliografia:
 
Ford, Ken & Gerrard, Howard, Wielkie bitwy II wojny światowej. Sforsowanie Renu 1945. Operacje "Plunder" i "Varsity", Poznań 2011 
McKee, Alexander, Wyścig do Renu. 1940-1944-1945, Warszawa 2001
Whiting, Charles, Ostatnia bitwa na froncie zachodnim, Warszawa 2010
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz